Bardzo nie lubię przegrywać. Myślę, że chyba nikt nie lubi…
A już najbardziej nie lubię przegrywać wiedząc, że w sprawie, w której reprezentuję Klienta na pewno mam rację i – jak to się mówi – sprawiedliwość jest po mojej stronie.
W sprawach zawodowych nic mnie chyba nie irytuje tak, jak sytuacje, gdy mój Klient przegrywa sprawę przez oczywiście bezzasadne, ba! rażąco naruszające prawo rozstrzygnięcie organu, czy sądu, obnażające elementarny brak znajomości przepisów u osób odpowiedzialnych za wydanie takiego rozstrzygnięcia.
Właśnie z takim irytującym finałem prowadzonej przeze mnie sprawy miałam ostatnio do czynienia.
Reprezentowałam Klienta, który nie został uznany przez organ za stronę postępowania o warunkach zabudowy dla inwestycji (budynki wielorodzinne), planowanej przez dewelopera na działce sąsiedniej. Pech chciał, że nieruchomość Klienta nie sąsiadowała bezpośrednio z działką inwestora, lecz była oddzielona od niej wąskim pasem innej działki, o szerokości kilku metrów.
Zgodnie z parametrami określonymi przez inwestora we wniosku o ustalenie warunków zabudowy, inwestycja miała być znacznych gabarytów, w tym znacznej wysokości, a przy tym miała się składać z kilku budynków. Było więc oczywiste, że będzie oddziaływać na działkę mojego Klienta przede wszystkim poprzez zacienienie znajdującego się na niej budynku.
Mimo to organ uznał, że mojemu Klientowi nie przysługuje status strony.
Z bardzo lakonicznego uzasadnienia dowiedziałam się, że działka Klienta nie sąsiaduje bezpośrednio z terenem inwestycji i uwaga! – że planowane budynki nie będą oddziaływać na nieruchomość Klienta, albowiem z przedłożonego przez inwestora do akt sprawy projektu zagospodarowania terenu inwestycji wynika, że budynki będą zlokalizowane w takiej części terenu inwestycji, że oddziaływania nie będzie.
Pytam więc – a od kiedy to decyzja o warunkach zabudowy określa w sposób wiążący, gdzie konkretnie na działce będzie zlokalizowany planowany budynek? Nie taka jest przecież istota tej decyzji!
Oczywiście są wyjątki, kiedy przepisy dopuszczają określenie w decyzji o warunkach zabudowy dopuszczalnej lokalizacji obiektu w zbliżeniu do granic działek sąsiednich, ale akurat w mojej sprawie taki wyjątek nie miał miejsca.
O lokalizacji obiektów na konkretnej działce decyduje się dopiero na etapie sporządzania projektu budowlanego i uzyskiwania pozwolenia na budowę. Dysponując decyzją o warunkach zabudowy inwestor może określić lokalizację budynku w dowolnym miejscu swojej działki. Zasadniczo jest on ograniczony jedynie wymogami rozporządzenia w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki np. odnośnie minimalnych odległości od granic działki sąsiedniej, czy odnośnie przesłaniania budynków sąsiednich.
Nie ma natomiast żadnego obowiązku lokalizacji budynku zgodnie planem zagospodarowania, który przedstawił w toku postępowania o warunki zabudowy, albowiem projekt zagospodarowania nie jest dla organu ustalającego warunki zabudowy wiążący i nie jest przez niego zatwierdzany.
Szkoda tylko, że tej podstawowej wiedzy nie miał organ…
Efekt tej całej sprawy jest taki, że Klient nie miał możliwości obrony swoich praw w tym postępowaniu, nie mógł skutecznie odwołać się od niekorzystnej dla niego decyzji WZ, a sama decyzja WZ, choć zawiera tyle uchybień, że można by na ich temat napisać cały elaborat, będzie obowiązywać. A jak inwestor będzie działał szybko, to może nawet uda mu się zrealizować inwestycję, zanim mój Klient doprowadzi do jej uchylenia.
Dla Was drodzy deweloperzy morał z tej historii taki: jeśli po drugiej stronie macie przeciwnika, który twierdzi, że w sprawie waszej decyzji WZ powinien być stroną, a którego działka nie sąsiaduje bezpośrednio z Waszą działką – brońcie się argumentami, jakie przedstawił organ w mojej sprawie.
A nóż widelec Wam się uda. Jak widać, wszystko jest możliwe:)












